Są takie miejsca, które potrafią zadziwić.
Często słyszymy: to my znamy Kazimierz od 40 lat i nie wiedzieliśmy że to tu, że tak blisko rynku, że jak w lesie, a jaki widok!
Niektórzy przyjeżdżają tylko w czerwcu bo świetliki i zachody słońca za Wisłą.
Inni w maju, bo słowiki, drozdy i kosy.
W upalne lipcowe popołudnie sąsiedztwo wąwozów pozwala odetchnąć od skwaru.
Jesienią zapamiętamy płomienną czerwień Góry Trzech Krzyży. Ci , którzy trafią tu zimą, zjadą na sankach prawie spod drzwi domu.
I ta bajkowa szadź na wiekowych dębach, w mroźny styczniowy poranek.
Mój Ojciec mówił: Dom Zachodzącego Słońca.
Pani Ela: Stokrotkowe Wzgórze.
Maciej stwierdził kategorycznie: Noce i Dnie!
I tak już zostało...